Pochodzę z rodziny o ugruntowanych, wielopokoleniowych tradycjach inteligenckich. Plastykiem jestem w drugim pokoleniu. Rodzice, tak jak i ja później, byli absolwentami warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Matka, Krystyna – konserwator zabytków. Ojciec, Krzysztof – malarz sztalugowy, ściennik, ilustrator, projektant i współwykonawca ceramiki i witraża unikatowego dla architektury, ściśle współpracujący ze mną aż do swej śmierci. Ja z kolei, kilkadziesiąt lat starałem się łączyć, jeśli nie malarstwo, to przynajmniej rysunek, z pracami dla architektury, a czasem nawet z zajęciami pozaplastycznymi.

 

Warszawskiego mieszkania już nie pamiętam. Pierwsze wspomnienia czasów wojny wiążę z Zakopanem, a później z Konstancinem pod Warszawą, w którym mieszkałem do końca 2007 r.

 

Konstancin był wyjątkowym miejscem przed wojną. Po okupacji, mimo straty wielu przedwojennych właścicieli, oraz zniszczenia i przepadku większości cennych ruchomości, mimo ogólnego zubożenia – potrafił zachować swój niepowtarzalny charakter przez przynajmniej kilkanaście następnych lat. Od wczesnego dzieciństwa kształtował mnie wiekowy, wielopokoleniowy dom rodzinny zbudowany przez mego pradziadka w 1905 r. Od najmłodszych lat znałem zapach farb, słyszałem rozmowy o sztuce, poznawałem ryzyko, jakie niesie wybór zawodu plastyka - ile wysiłku wymaga stworzenie czegoś interesującego, a jednocześnie pozwalającego na utrzymanie się „na powierzchni”.

 

Zawsze garnąłem się do ludzi starszych, o bogatych życiorysach i osobowościach, których wspomnienia, często spisywane w formie pamiętników, wyrobiły we mnie zamiłowania historyczne i cechy dokumentalisty – widoczne dawniej i teraz w mych cyklach pejzażowych.

 

Pejzaż zawsze budził moje największe zainteresowanie i był motywem przewodnim najbardziej osobistej, „pracownianej” twórczości. Lata pracy nad kompozycjami ceramicznymi i witrażem klasycznym dla architektury, otarcie się o projektowanie graficzne, wystawiennictwo czy konserwację, są dla mnie cenne, bowiem często miały i mają, wpływ na moje malarstwo sztalugowe - stanowiące odrębną gałąź w mojej twórczości - w odróżnieniu od malarstwa stricte pejzażowego, wykonywanego w technikach papierowych /rysunek, pastel, techniki mieszane na bazie akwareli/.

 

Niedawne czasy pokazały, że w malarstwie sztalugowym zmieniam się nieco co 2-3 lata, przechodząc od kompozycji „zarchitektonizowanych”, przypominających relief - do czegoś, co nasuwa myśl o nocnym przelocie ptactwa, pnączach oplatających zapomnianą architekturę, czy wirujących skrzydłach nieistniejącego wiatraka.

 

Zatem pejzaż, tak czy inaczej, nawet w mocno przetworzonym przedstawieniu, istnieje. Nie myślę zatem, by w twórczości mojej nastąpiła jakaś gwałtowna zmiana - ufam raczej, że podlega ona spokojnej, harmonijnej ewolucji.